czwartek, 27 października 2011

Sama nie wiem, po co publikuję te dwa szkice. Mam dziwne przeczucie, że nigdy nie będę w stanie ich dokończyć, bo wiąże się to z rozdrapywaniem starych ran. Jednocześnie boję się, że zostaną one zapomniane, a przecież tak wiele dla mnie znaczyły. W każdym razie, jak wspomniałam, są to tylko szkice, pewnie naładowane błędami, dlatego proszę o chwilową wyrozumiałość.


***

Tytuł roboczy: "Spowiedź" (24.05.2011)

Siedziała na przeciwko mnie, wyprostowana, niepewnie trzymała szklankę napełnioną do połowy wodą. Patrzyłam na nią wyczekująco, aż wreszcie zacznie mówić. Widziałam, jak jej ręce drżą, powoli mogłam dostrzec wyraźnie ukrwienie jej dłoni. Reagowała na stres dokładnie tak samo, jak ja, gdy byłam w jej wieku, chociaż zupełnie nie wiedziałam, czym się stresuje. Wiedziała przecież, że jest nietykalna, że nikt nie zwróci jej uwagi, nikt nie wtrąci się w pół zdania. Teraz już wiem, że to wspomnienia tak świdrowały jej mózg, bała się ich. Dokładnie tak samo, jak ja.
- Wiesz, można powiedzieć, że to nagroda i kara w jednym. - Uśmiechnęła się, odkładając szklankę na stół. Miałam wrażenie, że zaraz ucieknie.
- Miałam dwanaście lat, może jedenaście... Notujesz? - zapytała, widząc, że wpatruję się w Nią tępym wzrokiem. Wyprostowałam się i chwyciłam długopis. "12 lat" - zapisałam niedbale.
- Wtedy zupełnie inaczej to wyglądało. Zajawka. - zaśmiała się - Dopiero później zdajesz sobie sprawę z tego, że Ci to pomaga. Nie na długo, ale jednak. Daje ulge. - przymknęła oczy i nie mówiła nic przez dłuższą chwilę.
- Podobno uwalniają się wtedy jakieś hormony szczęścia, a przynajmniej, tak mówią Ci wszyscy wykształceni doktorzy, psychiatrzy... Nie wiem, nie znam się na tym, nigdy nie byłam dobra, jeżeli chodzi o te biologiczne, anatomiczne i psychologiczne sprawy. - Wtrąciłam, lecz zaraz skarciłam się za to w myślach. Po co w ogóle coś mówiłam? Miałam siedzieć cicho, notować i uśmiechać się, jakbym była świeżo po botoksie.
- Powiem Ci w tajemnicy, że oni nic nie wiedzą. To tylko wykształceni ludzie w fartuchach. - Powiedziała. Wyraźnie się rozluźniła, przestała się wiercić, a jej dłonie znów wyglądały normalnie. "Nie poznaję Cię" - pomyślałam.


***

Bez tytułu (22.04.2011)

- Czy Ty mnie kochasz? - zapytała, patrząc tępo w ścianę. Nic nie powiedział, westchnął tylko zrezygnowany i minął ją bez słowa.
Nie chciała zadawać mu tych wszystkich pytań, to one same wyskakiwały jej z ust, zanim zdążyła je powstrzymać. Na początku odpowiadał, gładził ją po włosach i dzielił się swoją mądrością. Nie wiedziała, dlaczego przestał to robić, szukała błędu, otwierała szeroko oczy i patrzyła na Niego, czekając, aż da jej jakąś wskazówkę.
- Spacer. - szepnęła.

To była końcówka listopada, może początek grudnia, nie pamiętam. Wiem tylko, że powietrze było chłodne, że z jego ust wydobywała się para. Pamiętam tego psa, który nie chciał dać nam spokoju, pamiętam jak na niego patrzył, dokładnie tak samo patrzył na mnie. Chciał wierzyć, że trzymam się na powierzchni dzięki niemu, co niedzielę gotował rosół, sprzątał nasze małe mieszkanie. Jadłam ten rosół tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność, tak bardzo mi nie smakował, ale On dzięki temu żył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz