czwartek, 30 grudnia 2010

Sandały

Nie macie pojęcia, jak puste było to mieszkanie, dopóki Ona się tutaj nie wprowadziła. Dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo te zakurzone pułki potrzebowały kogoś, kto je przygarnie. Łazienka pachnie zupełnie inaczej, mam wrażenie, że nigdy nie będę w stanie określić tego zapachu, a jej długie blond włosy są dosłownie wszędzie. Cieszę się, że wprowadziła w to miejsce trochę chaosu. Do tej pory stałam w miejscu, w rękach trzymając kurczowo równiutko ułożony plik kartek, który zwykłam nazywać swoim życiem, gdy nagle Ona podbiegła i wyrwała mi je z rąk, wyrzucając w powietrze. Teraz staram się łapać każdą kartkę, choć niestety nie mogę sięgnąć niektórych, szybują zbyt wysoko. Na początku byłam przerażona, jednak powoli odnajduję w tym zabawę. Wcześniej stałam nieruchomo, zgarbiona, a teraz wiruję. Wszystko dzięki Niej, to Ona nauczyła mnie tańczyć.

Pewnego razu wpadła do mieszkania, potrącając każdą kolejną rzecz, napotkaną na po drodze. Była jak huragan lub funkcjonariusz Gestapo, nie zważała na nic. Uniosłam wzrok znad stronic jakieś marnej książki, z którą męczyłam się kilka dobrych godzin i bacznie obserwowałam Jej poczynania. Robiła rzeczy, których nie miała w zwyczaju - rzucała widelcami, tłukła talerze, zrywała zasłony. Sięgnęła po mój ulubiony kubek i cisnęła nim o podłogę, by ten rozpadł się na kawałki. Czułam narastający niepokój, gdy trzasnęła drzwiami swojej sypialni. Podniosłam się powoli, przebiegając wzrokiem po mieszkaniu, które w kilkadziesiąt sekund diametralnie się zmieniło. Nie zadawałam sobie pytań, bo gdy chodziło o Nią, odpowiedzi nigdy nie było. Postanowiłam czekać.
Wyszła po dziesięciu minutach, z twarzą opuchniętą od płaczu i włosami przyklejonymi do czoła i policzków. Podniosła drżące ręce i wbiła paznkocie w szyję, odchylając głowę do tyłu. Wolnym krokiem zbliżyłam się do Niej i złapałam za jej nadgarstek. W jej pięknych niebieskich oczach widać było niesamowitą rozpacz, miałam wrażenie, że zaraz utonę, lód pod moimi stopami głośno trzaśnie, a ja wpadnę i moje ciało ogarnie przerażający chłód.
- Co się stało? - zapytałam cicho. Miałam wrażenie, że biega wzrokiem po mojej twarzy, nie potrafiłam uchwycić jej spojrzenia choćby na moment. Czułam, że cała drży.
- Ja... Ja zgubiłam swoje sandały. - powiedziała cicho, łamiącym się głosem. Uśmiechnęłam się do niej i dotknęłam delikatnie jej policzka.
- Nie martw się, znajdziemy je. - odpowiedziałam.
Przeszukiwałam każdą szafkę, każdy zakamarek naszego wspólnego gniazda, lecz nigdzie nie ich nie było. Pochyliłam się nad wielką zakurzoną skrzynią i zbierając wszystkie swoje siły, podniosłam jej wieko. Niestety, nic. Kilka starych gazet, rękopisy mojego dziadka. Po butach ani śladu. Poczułam na sobie jej wzrok, więc obróciłam się, by sprawdzić, czy czeka na mnie z nożem, czy może z bukietem kwiatów. Lecz Ona stała, a na jej twarzy widać było cień uśmiechu. Westchnęła głośno, oglądając bałagan, który rozciągał się wokół niej. Założyła pasmo włosów za ucho i spojrzała na mnie. Powoli zniżała się do mojego poziomu, by po chwili usiąść na podłodze, naprzeciwko mnie. Patrzyła mi w oczy, jakby szukając odpowiedzi, a ja starałam nie zdradzać żadnych emocji, a zamiast oczu mieć dwoje luster, w których mogła zobaczyć swoje odbicie. Po chwili milczenia, szepnęła:
- Przecież ja nigdy nie miałam sandałów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz